przez WorldExplorer
Odsłony: 3273

Small Tibet / Mały Tybet -::- Leh (3514m n.p.m.) - miasto w sercu Himalajów

Pierwsza część relacji z podróży "India-Nepal 2007 Worldexplorer Expedition". Przelot na trasie Warszawa (Polska) - Helsinki (Finlandia) - Delhi (Indie) - Leh (Himalaje) oraz pobyt w himalajskim miasteczku Leh, odwiedziny w Tibetan Children Village, dwa klasztory mnichów...

POSŁUCHAJ  MUZYKI

"Theravada Song" - R.R.Sp. Project

 

 

 

 Dzień 1 - przeloty

Swoją podróż zaczynam na warszawskim Okęciu nieco spóźnionym lotem linii FINAIR do Helsinek. Na fińskim lotnisku czeka już na mnie olbrzymi Mc Donell Douglas MD11 i ponad sześciogodzinny lot do stolicy Indii - Delhi. Lądujemy parę minut przed 24:00 i z uprzednio wypełnionym kwitami rejestracji imigracyjnej turystów udaję się do punktu kontroli paszportów i wiz. Kolejny etap to konkurencja iście sportowa:  łapanie bagażu z taśmy. Udało się! Śmiało więc ruszam by wymienić trochę dolarów na rupie indyjskie (kurs 38INR/1$) i od razu zasięgam informacji gdzie mogę zakupić bilet lotniczy do położonej na wysokości 3500m miejscowości LEH. Okazuje się, że na tym samym terenie, obok międzynarodowego znajduje się drugie lotnisko - dla linii wewnętrznych DOMESTIC AIRPORT. Tuż przed wyjściem z terminalu ulokowane są okienka z ofertą PREPAID TAXI, gdzie za przedpłatą można zamówić sobie taksówkę. Za podróż (jak twierdził taksówkarz - 9km) dookoła lotniska zapłaciłem 200INR (5,3$), ale kierowca przy okazji pomógł mi dotrzeć do punktu sprzedaży biletów przewoźnika AirDeccan. Siedzący w okienku tejże firmy młody Hindus był bardzo miły, ale...  próbował naciągnąć mnie na bilet za ponad 4500INR (118,5$). Po chwili rzeczowej rozmowy cena za lot Delhi-Leh (w jedną stronę) spadła nieco poniżej 3000INR (79$) . Od taksówkarza dowiedziałem się też, że najlepszym środkiem transportu w LEHu do następnego punktu mojej podróży jakim miała być Dharamsala, jest bus lub jeep, tym bardziej, że trasa dla 4 kółek (październik a więc prawie zima!) jest w dalszym ciągu przejezdna i ta forma transportu jeszcze wchodzi w rachubę. Bilet na lot do LEH kupiłem około 1:30 w nocy, a lot miał  odbyć się o godzinie 5:20. W tej sytuacji  podróż do hotelu i wynajęcie pokoju  zupełnie nie miałoby sensu,  wróciłem więc z moim kierowcą do międzynarodowego portu lotniczego, by tam przeczekać do godziny 3:30 i wyruszyć bezpłatnym autobusem transferującym podróżnych między portami lotniczymi. Siedząc w poczekalni skorzystałem z dobrodziejstwa jakim jest energia elektryczna (co później wcale nie było takie oczywiste) i doładowałem telefon komórkowy. Uczynny strażnik lotniska zaprowadził mnie do autobusu transferowego. Na terenie DOMESTIC AIRPORT odnalazłem punkty bagażowe AirDeccan i zostawiłem swój plecak.  W oczekiwaniu na samolot, już po kontroli bezpieczeństwa, pozwoliłem sobie na "szaleństwo" w postaci Fanty za 0,4 l = 40INR (1$).  Tam też poznałem dwóch Hiszpanów, którzy lecieli tym samym lotem do Leh. Wymieniliśmy nieco informacji o miejscu docelowym i wsiedliśmy do samolotu. Zaskoczył nas fakt, że był prawie pusty, tylko kilka miejsc było zajętych! Lot trwał około godziny, a piękne widoki wschodzącego właśnie słońca sprawiły, że minął błyskawicznie. Szczyty Himalajów przedzierały się przez gęsto zachmurzone niebo dając niesamowity spektakl pierwszych promieni słonecznych. Gdy lądowaliśmy w Leh było już całkiem jasno. Pani z informacji zaproponowała mi  hotel oddalony o około 2,5km od lotniska. Wynająłem pokój za 250INR (6,60$) za dwie doby i około 7:00 rano mogłem wreszcie położyć się spać.

Dzień 2 - Leh      

Wstałem o 12stej nadal wyczerpany podróżą, ale nie chcąc marnować dnia postanowiłem zjeść zupę z paczki i wyjść "na miasto". Po drodze zaczepił mnie właściciel hotelu - Tybetańczyk proponując, że pokaże mi swoich zaprzyjaźnionych mnichów. Zapewnił, że będę mógł wykonać ciekawe zdjęcia ich rytuałów.   Przystałem na propozycję i poszedłem na dach budynku gdzie ulokowana była niewielka kapliczka, a wokół niej siedziało 5 mnichów. Szef hotelu poinformował, ze za chwilę mnisi będą trąbić na długich rogach, po czym zbiorą się w kaplicy by odprawić modły. Zdjęcia, niestety, nie oddają klimatów tamtych chwil, zapraszam więc do obejrzenia filmu! Po uwiecznieniu mnichów na taśmie dyskretnie wycofałem się i ruszyłem na zwiedzanie tamtejszych uliczek. To co na pierwszy rzut oka uderza, to oczywiście wszędobylska bieda i domki z glinianych cegieł bez okien. Aż ciarki przechodzą po plecach na myśl co będzie za jakiś czas: choć zima jeszcze nie zawitała, średnia temperatura w ciągu dnia nie przekracza 6'C! Całe miasto zdobią kolorowe chorągiewki modlitewne swobodnie powiewające na himalajskim wietrze.   Wysokość na jakiej położone jest miasteczko (a jest to jedna z najwyżej  położonych miejscowości na kuli ziemskiej 3514mnpm) zdecydowanie negatywnie odbija się na samopoczuciu. Rozrzedzone powietrze i mniejsza zawartość tlenu z każdym wdechem daje się we znaki. Wdrapanie się na pobliską skałę wysokości około 100m kosztowało mnie niemało wysiłku. Na domiar złego pogoda nie dopisała i przedpołudniowe chmury skutecznie zepsuły przyjemność robienia zdjęć, więc oddałem się filmowaniu. W mieście spotkałem znajomego Tybetańczyka, taksówkarza który przywiózł mnie z lotniska do hotelu.  Obiecał przyjechać nazajutrz, około 8:30 i zabrać mnie do Tibetan Children Village. Tymczasem zaopatrzony w napoje (KINLEY 1l za 15 INR, Pepsi Cola -1,5l za 45INR i sok owocowy 1l za 72INR) wracam do hotelu. Mocno zmęczony ucinam sobie krótką drzemkę, odrabiając zaległości poprzedniej nocy.  Po przebudzeniu okazuje się, że jest już ciemno (19:30) i czas zabrać się za pisanie relacji. Mimo niewątpliwego uroku to tybetańskie miasteczko nie jest w stanie zatrzymać mnie  dłużej niż przez jeden kolejny dzień. Niedobory tlenu i niska temperatura nie pozwalają europejskiemu mieszczuchowi na swobodne funkcjonowanie i niezakłóconą kontemplację. Jutro postaram się załatwić miejsce w transporcie do Dharamsali , miasta - rezydencji Dalai Lamy. 

 

                          

  Dzień 3 - Tibetan Children Village, klasztory...

Wstałem o 7:30... Jak zwykle zupka z paczki i w drogę, Z taksówkarzem umówiony byłem na godzinę 8:30. Pojechaliśmy w stronę Manali (jakieś 20 km), do klasztoru Thikse Gompa położonego na samotnej skale. Można go swobodnie zwiedzać. Ten dość spory kompleks wydawał się być całkowicie opuszczonym. Chodziłem więc samotnie zachwycony pięknem architektury i wspaniałymi widokami otaczającej go doliny z górską rzeką i drogą. Wewnątrz obiektu znajduje się wysoki na dwie kondygnacje posąg buddy. Obowiązuje tu zakaz robienia zdjęć, ale muszę przyznać, że... go złamałem (pst!).

Thikse Gompa - klasztor na skale   

 

 

 

Po drodze minęliśmy kilka niewielkich miejscowości i malownicze miejsce z wieloma małymi buddyjskimi stupami. W jednej z osad zatrzymaliśmy się na chwilę. Mój taksiarz odwiedził rodzinę, a ja miałem chwilę na pstryknięcie kilku fotek z codziennego życia pogodnych (jak widać) mieszkańców.

Zgodnie z planem odwiedziłem też "Tibetan Children Village", czyli szkołę z "inernatem", która okazała się wdzięcznym tematem filmów i zdjęć. Po "wiosce" oprowadziła mnie przemiła pani nauczycielka. Kompleks jest ogrodzony i obejmuje budynki szkolne, place gier i zabaw oraz domy dzieci. Rodzice przyprowadzają tu swoje pociechy nierzadko z odległych wiosek.: dla niektórych dzieci jest to piesza, trzydniowa wyprawa! Maluchy uczą się m. in. lokalnych języków oraz angielskiego. Miałem okazję uczestniczyć właśnie w lekcjach angielskiego i matematyki. Niestety, z braku miejsca starsi uczniowie często odbywają lekcje na wyposażonym w tablicę szkolnym boisku. W tym samym miejscu organizowane są apele połączone z wręczaniem nagród za np. bardzo ładne czytanie (patrz film). Zwiedziłem też sale najmłodszych, 3-letnich wychowanków. Bardzo miło wspominam tę wizytę, bo dzieciaki są naprawdę urocze.

Tibetan Children Village (TCV) szkoła   

 

 

W drodze powrotnej odwiedziłem buddyjski klasztor-szkołę medytacji, usytuowaną niedaleko letniej rezydencji Dalai Lamy. To niesamowite uczucie: jeden europejczyk wśród setki buddystów! No i oczywiście znakomita okazja do kolejnych zdjęć, zwłaszcza że pozowanie młodym buddystom najwyraźniej sprawiało frajdę. Potem dyskretnie uczestniczyłem w rytuałach modlitewnych. Mimo, że w świątyni panował półmrok, udało mi się co nieco nakręcić

Klasztor mnichów tybetańskich    

      

 

 

 

Pora ruszać dalej, pojechałem więc na przystanek autobusowy, by zapytać o cenę podróży do Dharamsali. Niespodzianka - okazuje się, że żaden autobus tam nie dojeżdża. Do Keylong muszę dotrzeć taksówką, potem autobusem do Manali i stamtąd do Dharamsali. Chyba nie będę miał wyjścia i będę musiał odbyć tę trasę z wieloma przesiadkami. Mam tylko nadzieję, że Dharamsala jeste tego warta. Za dzisiejszy kurs krajoznawczy trwający niecałe 5h (45km) zapłaciłem 600INR. Udało mi się również odszukać czynną kafejkę internetową i podłączyć laptopa... godzinka surfowania w necie to 90INR.Poszedłem zabukować taksówkę do Manali. Okazało się, ze to jednak nie takie proste: owszem, do Manali jedzie sporo samochodów, ale wszystkie dopiero następnej nocy. Pozostanie mi kwitnąć tu jeszcze jeden dzień. Zamiast nadrobić czas w grafiku, przyjdzie mi zmarnować kolejny dzień na dotarcie do Dharamsali. Jeśli tak dalej pójdzie będę zmuszony poskracać do minimum pobyty w każdym z punktów podróży.

Dzień 4 - oczekiwanie na możliwość wyjazdu

     

 

Dzisiejszy dzień chyba będę musiał zaliczyć do straconych. Nie wiem co robić... pozostanie mi przycupnąć gdzieś na ulicy i nadrobić statystykę fotograficzną. Po przebudzeniu stwierdzam jednak, że w nocy musiał padać śnieg w wysokich partiach Himalajów ponieważ niektóre szczytyzrobiły się całkiem białe. A jeszcze wczoraj widać było gdzieniegdzie czerń skały... Mam nadzieję że nie wpłynie to na odwołanie taksówek do Manali. Dla poprawienia humoru "zaszalałem" i kupiłem sobie wafelki w karmelu i czekoladzie (10INR/szt). Ruszyłem po raz kolejny na postój taxi. Dziś taksiarze za podroż do Monali chcą 2000INR,Nie, nie będę naciągaczy dorabiał. Poszedłem do TAXI BOOKING OFFICE, decydując się na podróż do Keylong, położonego o jakieś 50km bliżej niż Manali. Przyjemność ta kosztowała mnie 1200INR (około 420km). O 18:30 muszę wrócić tu jeszcze raz i zapytać o nr taksówki która zabierze mnie do Keylong. O 4:30 muszę być na postoju, żeby przywiązać plecak na dachu "jeep'a" i o 5:00 wyruszamy w trasę. Miedzy 18tą a 19tą powinienem być już w Keylong. Tam rozejrzę się za transportem do Manali lub bezpośrednio do Dharamsali. W drodze powrotnej do hotelu,  na sporym skrzyżowaniu zrobiłem kilka całkiem fajnych fotek tubylcom. I jeszcze wizyta w sklepie z płytami CD - za 140INR, gdzie kupiłem płytę z modłami tybetańskich mnichów. I kto by pomyślał, że dzień zapowiadający się nieciekawie okaże się znakomitą okazją do podejrzenia codziennego życia Tybetańczyków i uwiecznienia kilku scenek rodzajowych...

 

 

Jeśli zaciekawiłem Cię swoja opowieścią i zdjęciami ...

zapraszam na relację z kolejnego etapu podróży

kliknij w link: 

500 kilometrów przez Himalaje

czyli mrożąca krew w żyłach podróż jedną z najniebezpieczniejszych dróg świata.

 
Zapraszam do dyskusji na poniższym module (możesz zalogować się przez FACEBOOK, TWITTER lub GOOGLE - rozwiń w tym celu listę "LOGIN")
Feel free to discuss in the following module (you can sign up through FACEBOOK, TWITTER or GOOGLE - expand this list to "LOGIN")