przez WorldExplorer
Odsłony: 2889

Leh - Manali most dangerous road / Przejazd 475km górskimi drogami

Druga część relacji z podróży "India-Nepal 2007 Worldexplorer Expedition". Jedno z najbardziej ekstremalnych przeżyć jakie można doświadczyć podróżując ścieżkami dachu świata. Himalaje są tak samo piękne jak straszne i niebezpieczne. "Better late then never"...

 

POSŁUCHAJ MUZYKI

"Mantra of Avalokiteshvara"

 

 

Dzień 5 - transfer Leh-Keylong - dach świata    

 

 

Mój dzień zaczął się o 3:45. Długo nie mogłem zasnąć martwiąc się, że nie mogę dać sygnału do domu że wszystko jest OK. Tutaj zwykły telefon komórkowy nie działa, trzeba mieć specjalną kartę SIM która funkcjonuje tylko w himalajskich miejscowościach. Myślałem też o tym jak dotrzeć z całym bagażem z hotelu do postoju taxi/bus (odległość okolo1,5km 15min). Właściwie nie byłoby z tym żadnego problemu gdyby nie fakt, że muszę zrobić to o 4:00 rano.

W przeddzień wieczorem pytałem taksówkarzy czy któryś wykona taki kurs - albo odmawiali tłumacząc, że mieszkają zbyt daleko albo podawali ceny nie do zaakceptowania. Nie było wyboru - musiałem iść pieszo... Szef hotelu mówił "no problem" i tłumaczył, że wszyscy goście idą pieszo i jest OK... Rano dopakowałem rzeczy i wyruszyłem równo o 4:00. Wyszedłem na ulicę przed hotel, a tam... egipskie ciemności! No nic, na szczęście znam drogę. Najwyżej się potknę, ale mam nadzieję, że nikt mnie nie napadnie. Przeszedłem w całkowitych ciemnościach jakieś 300metrów, do głównej, już oświetlonej drogi. Okazało się ze miasto tętniące życiem za dnia, w nocy jest jak wymarłe. Nie tylko nikogo nie ma na ulicy, ale nie ma też ani jednego samochodu. Gdzieniegdzie leży tylko pies albo osły lub krowy wygrzebują resztki ze śmieci zalegających na ulicy. Tuż przede mną przeszła grupka 5ciu chłopaków z torbami i plecakami, więc pomyślałem że pewnie tez idą w kierunku BUS STOP'u. Jeden z nich miał latarkę, więc tam gdzie nie było oświetlenia przyświecał reszcie. W połowie drogi dogoniłem ich i spytałem czy idą do BUS STOP. Chłopak z latarką potwierdził i oświetlił mi drogę, żebym na wszędobylskich wertepach nie wybił sobie zębów. Bezpiecznie dotarliśmy na postój. Chłopacy poszli do autobusu, a ja czekałem przy jeep'ie-taxi, który miał mnie zabrać z LEH do KEYLONG. Po kilku minutach pojawił się stary Tybetańczyk z torbą i spytał gdzie jadę. Okazało się, że jedziemy tym samym samochodem. Potem pojawili się Anglik i Kanadyjczyk oraz dwóch młodych Tybetańczyków. Kierowca spał w samochodzie, obudziliśmy go i zaczęliśmy się pakować. Kierowca powiedział ze nie wyjedziemy o 5:00 tylko o 7:00. A to dlatego że padający śnieg zalega jeszcze na drodze. Zanim wjedziemy w wyższe partie gór słońce powinno go roztopić. Wobec tego czekaliśmy... aż zjawił się inny kierowca w swojej taxi i powiedział że lecący tamtędy pilot obserwował drogę - jest przejezdna. Około 6:00 ruszyliśmy w trasę. 

 

Na początku droga wiodła przez jakiś kanion, może stare koryto rzeki. Po godzinie zaczęliśmy piąć się krętą drogą na pobliski szczyt. Mijaliśmy żółte tablice apelujące o rozsądek w czasie jazdy: "Dont be gama- in the land of lama" "Drinking whisky - driving risky"  "Better late then never"... Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Na wysokości ponad 4500m zalegał na drodze śnieg i jadący przed nami samochód ciężarowy co rusz uślizgiwał tylną, napędową osią. Kilkaset metrów wyżej nagle zrobił się korek - stoimy. Przed nami 3 ciężarowe samochody. Jeden z nich ruszył i po chwili znikł za zakrętem. Następny ruszył za nim, ale zaczął się niebezpiecznie ślizgać. 

Dwóch jego pasażerów wysiadło, a kierowca ponownie ruszył. Tuż przed zakrętem, gdzie droga bardziej wznosiła się ku górze, tylna oś zaczęła ściągać sporą ciężarówkę w stronę urwiska. Zrobiło się gorąco! Nagle jedno koło zawisło w powietrzu i samochód zaczął zsuwać się, po czym runął ze zbocza. Zdążyłem chwycić leżącą pod ręką kamerę i zacząłem nagrywać. Udało się uchwycić jak ogromna ciężarówka staczała się po stromym zboczu pokrytym śniegiem, aż w końcu zatrzymała się pomięta niczym kartka papieru. Ludzie wysiedli ze swoich samochodów i pobiegli na miejsce zdarzenia. W tym momencie przemknęła mi myśl, że nikt nie mówił iż zawsze będzie zabawnie. Dotarło do mnie, że Himalaje to bardzo niebezpieczne góry, a szlaki wiodące przez nie to nie alpejskie drogi szybkiego ruchu, to 4-6metrowy pas zniszczonego asfaltu, a czasami jedynie ziemi i błota, bez żadnych zabezpieczeń od strony urwiska.

Wypadek ciężarówki na himalajskiej trasie    

    

Nasz kierowca zwątpił, czy będzie można tamtędy bezpiecznie przejechać. Mężczyźni z pozostałych samochodów wzięli łopaty i odkute z pobocza łupki skalne układali w miejscu, gdzie przed chwilą zsunęła się ciężarówka. Po "zabezpieczeniu" (nie wyglądało to przekonująco) feralnego odcinka uznali, że można ruszyć dalej. Nasz jeep powolutku ruszył... uff, udało się! Odetchnęliśmy z ulgą, choć za nami zaledwie 1/4 trasy. Czekało nas jeszcze jakieś 300km niebezpiecznych górskich dróg w wysokich partiach masywu.  Zbocza poniżej drogi miejscami przypominały cmentarzyska wraków. Pogoda niestety nadal nie dopisywała, było około 0'C a wiatr nawiewał na drogę śnieg z wyższych partii zbocza. Mieliśmy spore opóźnienie i przed sobą długą jeszcze podróż.

 

Po około 2 godzinach dotarliśmy do punktu kontrolnego (foto z jeep'em),  gdzie sprawdzono nasze paszporty. Był też czas na zjedzenie miski gorącej zupy. Od tego miejsca aura była bardziej łaskawa, więc oczywiście oddałem się fotografowaniu przepięknych formacji skalnych. Za oknem przemykały bajeczne widoki, a pstrykaniu nie było końca. Około 16:00, kiedy słońce zaczęło już znikać za skałami, dotarliśmy do drugiego posterunku. A tu "surprise!": okazuje się, że ze względu na zalegający śnieg i związane z tym niebezpieczeństwo dalszy odcinek drogi jest zamknięty. Musieliśmy cofnąć się do położonego 1km wcześniej prowizorycznego obozu. Kierowca oznajmił nam że będziemy musieli spać w hotelu i dopiero o 11:00, kiedy słońce stopi śnieg droga zostanie otwarta. "Hotelem" okazał się barak zbity z płyt i blachy falistej. Wewnątrz, pod ścianami rozłożone były maty z kocami i kołdry. Dostaliśmy gorącą herbatę. Było wściekle zimno. Barak nie był ogrzewany, a przecież znajdowaliśmy się na wysokości 4480m npm. No cóż, trzeba przetrwać noc i mieć nadzieję że rano pojedziemy dalej. Zastanawiałem się co będzie jeśli nie otworzą drogi, czy będziemy musieli tu zostać czy może wrócić z powrotem do Leh'u drogą z której spadła ciężarówka...? 

Po kilku minutach wbiega nasz kierowca: "road is open!". Zwinęliśmy się w mgnieniu oka i ruszyliśmy dalej. Posterunkowi zapewniali, że choć na pierwszych 15km leży śnieg to droga jest przejezdna. Jeśli więc chcemy, możemy podjąć ryzyko. Kierowca jeep'a zdecydował - jedziemy! Czekała na nas przeprawa na wysokości 5000mnpm. Droga zamknięta była nadaldla autobusów ale my, za pozwoleniem policji, ominęliśmy szlaban i o zmierzchu ruszyliśmy na podbój górskich szczytów. Problemy zaczęły się już po przekroczeniu posterunku policji. Przejechaliśmy zaledwie ok. 10km, zaczęło się ściemniać. Powoli pokonywaliśmy kolejne metry w górę i kolejne zakręty. Nagle, na wysokości około 4800m, nasz >jeep zaczął niebezpiecznie tańczyć na wąskiej drodze. Kierowca zatrzymał auto. Wysiedliśmy by popchnąć samochód. Pomocnik kierowcy pobiegł na tył pojazdu i natychmiast,  na oblodzonej drodze wywinął orła! I może byłoby śmiesznie, gdyby nie świadomość że jest naprawdę źle. Jeśli nawet uda nam się podjechać pod górę, to przy pierwszym zjeździe kierowca nie wyhamuje i polecimy w przepaść. Beznadziejność naszej sytuacji pogłębiał fakt, iż ściemniło się już całkowicie i prawdopodobnie nikt nie odważy się jechać naszym śladem. Na domiar złego nie mieliśmy żadnego kontaktu ze światem. Sami setki kilometrów od cywilizacji, zdani na łaskę najwyższych gór świata. Gdyby zdarzył  się jakiś wypadek, bez pomocy prawdopodobnie zginęlibyśmy wszyscy - jeśli nie na skutek urazów, to z wyziębienia (temperatura spadła grubo poniżej zera). Wspólnie zdecydowaliśmy, że po wepchnięciu samochodu na pewniejszy grunt będziemy powoli jechać dopóty, dopóki nie uznamy że dalsza droga jest zbyt ryzykowna. Mieliśmy sporo szczęścia,  ponieważ cały czas droga pięła się już tylko w górę  i nie była tak śliska by samochód tracił przyczepność. Dotarliśmy więc na samą górę i... naszym oczom ukazały się światła kilku ciężarowych aut które ugrzęzły w 1,5metrowych śnieżnych zaspach! Wiedzieliśmy już, że dalej nie pojedziemy, nie mogliśmy też zawrócić. Pozostało jedynie czekać do świtu. Ustawiliśmy auto za innymi i przykryliśmy się czym kto miał, by tracić jak najmniej ciepła. Wkrótce śnieg przestał prószyć i niebo rozbłysło milionem gwiazd. Tak pięknego nieba nie widziałem jeszcze nigdzie. Wysokość n.p.m. i mróz sprawiły, że powietrze był krystalicznie czyste. Mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w kosmosie! Było bardzo zimno. Na wysokości 5000mnpm w dzień jest od -10 do -20 'C, a nas otaczała noc. Muszę dodać, że nasz wypasiony jeep marki TATA ogrzewania, można powiedzieć, nie posiadał. Na szybach samochodu para z wydychanego powietrza niemal natychmiast zamieniała się w lód. Po 10 minutach już nie można było ich uchylić, bo przymarzały do uszczelek. Kierowca wyszedł żeby ocenić sytuacje. Ludzie z innych samochodów odkopywali z zaspy ciężarówkę, która zablokowała drogę. Po godzinie grupa zdesperowanych podróżnych wypchnęła ją na drogę. Hurra, możemy jechać dalej!!! Jak daleko ujedziemy - do następnej ciężarówki lub zaspy? Czy droga dalej biegnie już tylko w dół? Czy jest dostatecznie bezpieczna? Ruszyliśmy w grupie 3 samochodów,  w odległości 100-150m jeden od drugiego. Powoli zjeżdżaliśmy wijącą się, wąską, górską nitką. Znowu szczęście nam dopisuje: za dnia  trak-spychacz zepchnął ubiegłonocne zaspy na pobocze od strony urwiska, tworząc jednocześnie "bandę" metrowej szerokości.. W najgorszym wypadku, przy małej szybkości mogliśmy w niej utknąć. W ten sposób bezpiecznie  pokonaliśmy ok. 40km, tracąc jednocześnie kilkaset metrów wysokości. Poniżej 4100m śnieg na drodze zaczął zanikać.  Za nami kolejne 60km i prawie 2 tys. m wysokości mniej. Zmierzamy do Keylong na 3350m npm. O godzinie 3ciej do sieci zalogowały się nasze komórki - ależ ulga! Odzyskaliśmy pewność siebie czując oddech cywilizacji. W Keylong, w pierwszym lepszym hotelu wynajęliśmy pokoje i uzgodniliśmy, że o 10:00 ruszamy w dalszą drogę, do Manali.

 

Dzień 6 - Manali - zielona dolina

    

 

 

  Do Manali wyruszyliśmy około 10:30, zaraz po zjedzeniu śniadania w pobliskiej restauracji (chicken sandwich 35INR). Kupiłem sobie też rolkę papieru toaletowego dobrej jakości (za 5INR) do wycierania nosa - to efekt nocnej eskapady. Niestety, czekała nas powtórka z rozrywki. Ponownie trzeba było wdrapać się błotnisto-żwirową drogą na  4000 i zjechać z drugiej strony prosto do doliny, w której  rozlokowało się Manali. Mimo, że miasta nie są  odległe musieliśmy pokonać ponad 100km. Dlaczego rząd Indii nie zainwestuje w górski tunel zamiast co chwila prowadzić prace naprawcze starej, niebezpiecznej drogi...? Dobrze, że chociaż ktoś niedawno pomyślał o poszerzeniu miejscami pasa drogi do ponad 10m. Wcześniejsze 4-6m  ledwo pozwalało pomieścić duży samochód, nie wspominając o wymijaniu się 2 pojazdów. Lepiej nie być świadomym, jak blisko brzegu drogi przemykają koła samochodu podczas wymijania :-) Powiem tylko tyle: czułem, że koło spada z asfaltu na piasek, a to "pobocze" ma zazwyczaj 30cm szerokości, czyli mniej więcej szerokość dużej opony! W drodze pod górę zatrzymaliśmy się w "klimatycznej" knajpce na herbatkę (zdjęcia poniżej), po czym wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Na górze - niespodzianka: gromada ludzi w turbanach, szusujących na nartach i sankach. Ale to nie dla nas, mieliśmy dosyć śnieżnych zabaw. Po drodze w dół zatrzymaliśmy się w sklepikowym "miasteczku", gdzie można było nieco się posilić. W oko wpadła nam bardzo apetycznie wyglądająca prażona na ogniu kolba kukurydzy. To był świetny pomysł, kukurydza smakowała wyśmienicie! 

Pejzaż z tej strony góry jest znacznie ciekawszy niż od strony Keylong. Rośnie tu sporo drzew i ogólnie jest bardzo zielono. Tylko niebo nie było łaskawe, więc uznałem że nie warto męczyć palca na wywołanie migawki, bo zdjęcia i tak będą marne. Poza tym nie czułem się najlepiej. Do aktywności zniechęcał mnie katar i ciągłe odwijanie papieru z rolki. Marzyłem o ciepłym hotelu i gorącym prysznicu. Od towarzyszących nam autochtonów dowiedziałem się, że rezygnując z zaplanowanych Dharamsali i Amritsaru będę miał problem z bezpośrednim połączeniem Manali - Bikaner. Najlepszym wyjściem byłaby podróż autobusem do Delhi, a z Delhi pociągiem lub autobusem do Bikaneru. Na miejscu w Manali informacja ta potwierdziła się. Udało mi się kupić bilet na autobus dla turystów (wyższy standard) i to w klasie sleeper (550INR) czyli po prostu autobus z łóżkami. Taki luksus świetnie podziała na moje himalajskie przeziębienie. Do Delhi wyruszam następnego dnia o godzinie 16:00, planowany przyjazd na miejsce - godzina 6:00. Zjedliśmy z chłopakami wspólny obiad, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie w podziękowaniu za fajne towarzystwo i wzajemne wsparcie w trudnych chwilach. Jutro każdy z nas obiera inny kurs na dalszą indyjską przygodę. Tego dnia wymieniłem jeszcze 100$ na INR (38,70INR / 1$)

Dzień 7 - Manali i wyjazd do Delhi a następnie w kierunku Bikaneru

Jak dobrze się spało! To pierwszy wygodny hotel na mojej trasie :-)

Hotel Tashila Manali - kilka pokoi pięć kroków od centrum i przystanku autobusowego. Pokoje dość czyste z TV (sporo programów w tym MH1 - odpowiednik VH1, MTV, National Geographic, Discovery Channel, Travel & Living, Fasion, Jetix  i wiele indyjskich programów muzycznych, większość w języku angielskim). Siec elektryczna na bardzo dobrym poziomie, naprawdę ciepła woda w łazience(!), tarasy z ładnymi widokami na góry. Wszystko to za jedyne 300INR. W samym mieście widać sporo sklepików z pamiątkami , co świadczy o jego turystycznym charakterze. Mnóstwo zaczepiaczy-naganiaczy i pucybutów, których najbardziej interesuje skąd pochodzisz. Poza tym możliwość korzystania z taksówek i moto- riksz. Zapytałem  rikszarza czy zawiezie mnie do jakichś punktów skąd mógłbym zobaczyć panoramę miasta - nie rozumiał, jego koledzy też... Ale podszedł taksówkarz i zaproponował mi przejażdżkę po miejscach widokowych za "jedyne" 1000INR. Pomyślałem że zwariował... potem posypały się propozycje innych kierowców i cena tej samej przejażdżki spadła do 600INR. Za przyjemność zrobienia kilku fotek to nadal kwota wygórowana. Poza tym okazało się, że owe punkty są na trasie do Keylong (którą wczoraj przebyłem) więc przypuszczałem, że widoki przesłaniać będą drzewa, co zdecydowanie zepsuje fotki.. Wybrałem się zatem na pieszą wycieczkę po miasteczku. Dotarłem do parku (5INR za wstęp). Park sympatyczny, ale trochę monotonny: wyłącznie drzewa i gdzieniegdzie porośnięte mchem głazy. Przez dziurę w płocie wydostałem się nad przepływająca przez Manali rzekę.

No i nareszcie sobie pofolgowałem - kupiłem Miryndę (0,6l za 20INR), a ponieważ nadchodzi godzina 8:00 czasu polskiego, zbieram się na internet. Dostęp do internetu kosztuje tu około 80INR/1,5h. 

O godzinie 15:30 udaje się na przystanek autobusowy odległy o 400m od centrum. Mam bilet w klasie sleeper, więc przypadł mi mały pokoik w tylnej części autobusu. Jest w nim wystarczająco dużo miejsca, by zmieścić wszystkie bagaże i  wygodnie się położyć. Wyciągnięty na autobusowym łóżku podziwiam przez okno mijane góry. Jest bajecznie! 

 

 

 

Jeśli zaciekawiłem Cię swoja opowieścią i zdjęciami ...

zapraszam na relację z kolejnego etapu podróży

kliknij w link: 

Bikaner i Świątynia szczurów w Deshnoku

długa trasa autobusami (1150km) i rzadko odwiedzana przez turystów Świątynia Szczurów.

 

Zapraszam do dyskusji na poniższym module (możesz zalogować się przez FACEBOOK, TWITTER lub GOOGLE - rozwiń w tym celu listę "LOGIN")
Feel free to discuss in the following module (you can sign up through FACEBOOK, TWITTER or GOOGLE - expand this list to "LOGIN")